Kiedy pierwszy raz usłyszałem, że „samochody elektryczne są praktycznie bezobsługowe”, parsknąłem śmiechem. No bo jak to? Zero problemów? Żadnych płynów, wymian, smarowań? Ktoś chyba nie widział wnętrza Tesli po 100 tysiącach kilometrów. Jasne, nie trzeba lać oleju do silnika co 15 tysięcy, ale czy to znaczy, że temat oleju w ogóle znika? Szczerze? Fajnie by było — ale niestety tak nie jest. I coraz więcej właścicieli elektryków przekonuje się o tym na własnej skórze.


Olej w aucie elektrycznym — serio?

Tak, serio. I nie chodzi tylko o olej do przekładni czy smarowanie drobiazgów w zawieszeniu. Elektryk też potrzebuje oleju — i to czasem bardziej niż spalinówka. Przykład z życia: Hyundai Ioniq 5. W teorii nowoczesna technologia, wszystko pod kontrolą. A jednak wystarczyła awaria sprężarki klimatyzacji i nagły wyciek oleju, żeby cały układ chłodzenia poszedł w diabły. Jak podaje Auto Świat, ten właśnie przypadek skończył się częstym zatrzymywaniem pojazdu i rachunkiem za naprawę, który raczej nikogo nie rozbawił.


Układ chłodzenia w samochodzie elektrycznym nie jest tylko od tego, żeby kierowca mógł sobie ustawić „klimę” na 20 stopni. On odpowiada za utrzymanie temperatury baterii i całego napędu na odpowiednim poziomie. Bez tego auto… po prostu staje.


Naprawy? Koszmar — szczególnie w Polsce

Znam kilku właścicieli elektryków i powiem jedno: jak masz pecha i trafisz na wyciek oleju gdzieś poza dużym miastem, szykuj się na lawetę i wydatki z kategorii „grube”. Serwisów ogarniających takie tematy jest u nas jak na lekarstwo. To trochę inny świat niż przy Golfie TDI — tu nie ma Janusza spod Łodzi z kanałem i młotkiem.


Niemcy mają lepiej — tam według danych cytowanych przez Auto Świat średnia szkoda ubezpieczeniowa dla auta elektrycznego to ciągle 15-20% drożej niż dla spalinowego odpowiednika. U nas nawet trudno o sensowną wycenę takich usług — bo ilu jest specjalistów od Tesli czy Hyundaia EV poza autoryzowanymi punktami? Rzadkość.


Tesla: „Nie wymieniajcie oleju”. Naprawdę?

Jeszcze ciekawiej robi się przy Tesli i innych modnych markach EV. Producent potrafi napisać w instrukcji: „Wymiana oleju przekładniowego niewymagana”. Albo: „Zalecana inspekcja po 100 tysiącach kilometrów”. No dobra, ale co jeśli coś się dzieje wcześniej? Brak regularnych przeglądów (albo bagatelizowanie drobnych wycieków) może skończyć się uszkodzeniem przekładni lub innych elementów napędu — a wtedy słynne tanie serwisowanie zamienia się w legendarnie drogie serwisowanie.


Swoją drogą: ktoś wie ile kosztuje regeneracja przekładni do Modelu S albo wymiana sprężarki klimatyzacji w nowym Ioniqu? Lepiej tego nie sprawdzać na własnym aucie.


Mniej awarii niż w dieslu? Może… Ale jak już coś padnie — boli

Bądźmy uczciwi: auta elektryczne naprawdę są mniej awaryjne pod wieloma względami niż klasyczne benzyniaki czy diesle (przynajmniej na razie). Ale lista potencjalnych problemów robi się coraz dłuższa wraz ze wzrostem popularności tych samochodów. Brak dbałości o płyny eksploatacyjne (tak! płyny!) oznacza często nagłą utratę mobilności.


Pamiętam rozmowę z jednym z serwisantów dużej sieci warsztatowej: „Ludzie myślą, że kupują Teslę albo Hyundaia EV i mają święty spokój przez lata… A potem przychodzi faktura za naprawę układu chłodzenia baterii czy przekładni i wszyscy łapią się za głowę”. Dokładnie tak to wygląda.


Auta elektryczne są tanie w utrzymaniu? Nie zawsze

W Polsce temat dopiero raczkuje, bo samochodów elektrycznych jeździ jeszcze relatywnie mało. Ale im więcej ich będzie na drogach, tym częściej będą pojawiały się pytania o specjalistyczny serwis, dostępność części czy koszty robocizny. Zaniedbania eksploatacyjne mogą okazać się dużo bardziej bolesne niż przy zwykłym Passacie TSI z LPG.


No więc co zostaje przeciętnemu właścicielowi EV poza trzymaniem kciuków za bezawaryjność? Regularne przeglądy (także tych elementów układu smarowania/chłodzenia), szukanie sensownych serwisów już teraz oraz… cierpliwość do rynku motoryzacyjnego nad Wisłą. Bo producentom zależy głównie na sprzedaży nowych aut — a temat realnej obsługi posprzedażowej schodzi gdzieś na dalszy plan.


Kupiłeś EV dla świętego spokoju?

Moim zdaniem przed zakupem warto zapytać siebie (i sprzedawcę): kto tu właściwie zadba o wymianę olejów/płynów/smarowań przez najbliższe lata? Bo jeśli liczysz tylko na komputer pokładowy albo magiczne komunikaty „serwis niewymagany”, możesz srogo się rozczarować. A rachunki za naprawy potrafią popsuć humor nawet największym entuzjastom elektromobilności.