Kiedy w 2018 roku Donald Trump po raz pierwszy zaczął przebąkiwać o cłach na europejskie samochody, wielu machnęło ręką. „To tylko retoryka, show dla wyborców” — słyszałem wtedy nawet od ludzi z branży. No to teraz, panowie i panie, już nie jest śmiesznie. 2 kwietnia 2025 roku wchodzą w życie 25-procentowe cła na wszystkie samochody importowane do USA. Tak po prostu.
Bez litości dla importu — 25% i koniec dyskusji
Donald Trump ogłosił decyzję na konferencji prasowej transmitowanej przez wszystkie amerykańskie telewizje (i pół YouTube’a). Nie było żadnego „być może”, żadnej gry na czas — od przyszłego roku Amerykanie chcą chronić swój rynek za wszelką cenę. Dosłownie. Według Bankier.pl stawka rośnie z dotychczasowych 2,5% do aż 25%. To nie jest korekta o kilka punktów procentowych — to polityczny młot pneumatyczny.
Cła obejmują wszystkie samochody i lekkie ciężarówki produkowane poza Stanami Zjednoczonymi. Trump nie owijał w bawełnę: „absolutnie nie ma cła” na auta montowane w USA, reszta świata — radźcie sobie sami.
Prawdziwy powód? Bezpieczeństwo narodowe
Biały Dom tłumaczy decyzję zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego. Brzmi znajomo? Tak samo argumentowano cła na stal i aluminium kilka lat temu. Szczerze? Zawsze mnie bawią takie uzasadnienia, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, że BMW X5 czy Toyota Corolla zagrażają Pentagonowi bardziej niż F-150 czy Dodge Ram.
Ile to naprawdę kosztuje?
Analitycy już policzyli. Według Euronews, ceny importowanych aut mogą podskoczyć nawet o 15 tysięcy dolarów (w najgorszym scenariuszu). Nawet te składane już w USA — bo tam przecież też trafiają części z Europy czy Japonii — będą droższe o kolejne kilka tysięcy (3 do 8 tys.). CAR Center twierdzi, że całość oznacza wzrost kosztów dla amerykańskich producentów rzędu… 108 miliardów dolarów.
Znam kilku dilerów niemieckich marek za oceanem. Już dziś łapią się za głowę: „No i co my mamy powiedzieć klientom?” — pytają. Bo jak tu sprzedawać Mercedesa E-Klasę droższego nagle o równowartość całego hatchbacka?
Europejska reakcja: szok i niedowierzanie
Na ruch Amerykanów błyskawicznie zareagowali europejscy politycy. Robert Habeck, minister gospodarki Niemiec, mówi o „uderzeniu w globalny przemysł motoryzacyjny” i ostrzega przed zerwaniem łańcuchów dostaw. Nie ma się co dziwić – Niemcy eksportują do USA ponad pół miliona aut rocznie. Dla VW czy BMW Stany to kluczowy rynek.
Bruksela już grozi retorsjami: dodatkowe cła na produkty amerykańskie albo wspólna stawka celna (jak sugeruje Puls Biznesu). Tylko pytanie – kto na tym wygra?
Kto naprawdę za to zapłaci?
Niestety – jak zwykle konsumenci. Według analiz przytoczonych przez Euronews, za nowego Volkswagena czy Mazdę trzeba będzie zapłacić tyle co za niezłe mieszkanie w Polsce. Auta produkowane lokalnie? Niby bez ceł, ale koszt komponentów wzrośnie tak bardzo, że końcowy rachunek i tak przyjdzie do salonu. Producenci oczywiście lamentują – Ford i GM oficjalnie wyrażają „głębokie zaniepokojenie”. Szczerze? Trochę ich rozumiem – mają fabryki rozsiane po całym świecie i nagle muszą przerabiać całą logistykę pod dyktando polityków.
A giełda? Nerwy jak struny skrzypiec
Na Wall Street akcje BMW czy Daimlera lecą w dół jak kamień do studni. Jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem decyzji inwestorzy byli nerwowi – teraz giełdy reagują paniczną wyprzedażą europejskich akcji motoryzacyjnych. Ktoś powie: „to tylko cyferki”. Moim zdaniem te cyferki przełożą się na realne miejsca pracy po obu stronach Atlantyku.
Szczerze mówiąc: ten ruch boli wszystkich
Można długo debatować o tym, czy amerykański przemysł motoryzacyjny tego potrzebował. Ale jedno jest pewne – wojna celna zawsze kończy się tym samym: samochody są droższe, a konsumenci dostają po kieszeni. Pamiętam czasy, gdy nowa Honda Accord była tańsza niż dziś używane BMW serii 5 sprzed dekady. Teraz? Jeśli ktoś marzył o nowym Audi Q5 prosto ze Stuttgartu – niech lepiej zacznie odkładać dolary albo szuka dobrego dealera w Meksyku.