Stali czytelnicy pewnie pamiętają, jak jeszcze pięć lat temu jazda autostradą A2 była prostym przelotem przez kraj: zero odcinkowych pomiarów prędkości, czasem tylko klasyczny fotoradar gdzieś w krzakach. Dziś? Zrobili z nas szwajcarski ser – na każdym dłuższym odcinku czeka żółta tablica, a za nią oko kamery CANARD. I nie są to już stare puszki na słupku, które można było przegapić albo… celowo przeoczyć. To nowa generacja urządzeń i, co tu dużo mówić, nowe przepisy, które potrafią ukłuć w portfel mocniej niż pierwszy lepszy leasing na SUV-a z salonu.


Odcinkowy pomiar prędkości na autostradzie? A kto to wymyślił?

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem zapowiedzi nowych OPP na A2 między Koninem Wschód a MOP Kuny (11 km do kontroli!), pomyślałem sobie: „No to pojeździliśmy”. 27 lutego 2025 roku — ta data pewnie utkwi w pamięci wszystkim tym, którzy lubili sobie „przypalić” na ekspresówkach. 140 km/h dla osobówek i 80 km/h dla ciężarówek — żadnych wyjątków. I wiecie co? Niektórzy kierowcy już wtedy zaczęli kombinować: zwalniać pod kamerą, przyspieszać gdzie indziej… Problem w tym, że Unicam Velocity 4 nie daje się łatwo oszukać. Liczy średnią prędkość z całego odcinka i rejestruje każdy detal — miejsce startu, miejsce mety, dokładny czas przejazdu. Takie rzeczy znałem dotąd głównie z zachodnich autostrad, no ale cóż — Polska dogania świat nie zawsze tam, gdzie bym sobie tego życzył.


Nowe lokalizacje: lista rośnie szybciej niż ceny OC

Pod koniec 2025 roku dorzucili kolejne trzy lokalizacje: A4 Prądy – Prószków (13,6 km), S2 Warszawa – Zagórze (10,3 km) i S7 Kopana – Grójec (7,4 km). Wszystkie uruchomione dokładnie 31 grudnia — ot taki sylwestrowy prezent od Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego. Częściowo rozumiem logikę: to główne arterie kraju; duże natężenie ruchu; najwięcej wypadków powodowanych przez nadmierną prędkość. Ale czy naprawdę musimy aż tak gęsto obstawiać te trasy? Według Auto Świat do połowy 2026 roku planują jeszcze 43 nowe zestawy OPP na blisko 400 kilometrach dróg szybkiego ruchu. Robi się gęsto jak na Marszałkowskiej o ósmej rano.


Szczerze mówiąc? Nie jestem fanem tej filozofii. Rozumiem bezpieczeństwo i statystyki (do tego zaraz wrócę), ale jeżeli ktoś łudził się jeszcze, że da się „przepłynąć” trasą S7 bez kontroli — sorry. Te czasy minęły bezpowrotnie.


Mandaty w nowej odsłonie — tu nie ma litości

I teraz najważniejsze: ile to wszystko kosztuje? Zmiany w taryfikatorze mandatów weszły razem z nowymi przepisami o OPP — tu już nie ma miejsca na „dogadanie się” czy krętactwa w stylu „to brat prowadził”. Przekroczyłeś do 10 km/h? Mandat 50 zł plus punkt karny. Niby nic wielkiego… Ale wystarczy depnąć mocniej o kolejne dziesięć kilometrów i robi się stówa oraz dwa punkty karne.


Ktoś powie: „Można przeżyć”. Może tak… Ale wystarczą dwie-trzy takie przygody i nawet najlepszy kierowca zamienia się w regularnego klienta WORD-u albo rowerzystę z przymusu.


Jest jeszcze jeden ciekawy motyw — według informacji podawanych przez Auto Świat rząd planował wprowadzić rabat za szybkie opłacenie mandatu (25% taniej przy płatności w ciągu dwóch tygodni). Pomysł niby dobry — zachęta do szybkiego zamknięcia sprawy bez odwołań czy kombinowania jak koń pod górę. Tylko pytanie brzmi: ilu kierowców naprawdę korzysta z tej ulgi? Znając polskie realia — pewnie niewielu.


Liczby nie kłamią… ale trochę straszą

Znam kilku właścicieli firm transportowych — każdy z nich narzeka dziś bardziej niż rok temu. Nic dziwnego: według danych Auto Świat tylko przez pierwsze półrocze 2025 roku polskie fotoradary pstryknęły nam ponad 324 tysiące przypadków przekroczenia prędkości. Najwięcej wykroczeń zaliczył fotoradar w Warszawie (ponad 5,6 tysiąca). To jednak pikuś przy rekordach OPP:


Czy to znaczy, że Polacy masowo zaczęli jeździć szybciej? Moim zdaniem niekoniecznie – raczej system stał się szczelniejszy niż siatka rybacka po wymianie oczek.


Czy naprawdę o to chodziło?

Pamiętam czasy pierwszych testowych OPP gdzieś pod Opolem – większość ludzi traktowała to jako ciekawostkę technologiczną albo straszak dla piratów drogowych. Teraz mam poczucie przesytu – system jest coraz bardziej rozbudowany; możliwości kombinowania ograniczone do minimum; taryfikator drenuje kieszenie szybciej niż inflacja kawosza spod Warszawy.

No dobrze – statystyki spadają; liczba ofiar maleje; bezpieczeństwo rośnie… Ale czy ktoś naprawdę czuje się spokojniejszy jadąc autostradą pod nadzorem kolejnej kamery?

Dla mnie odpowiedź jest jasna – ten system działa świetnie tam, gdzie faktycznie trzeba ograniczać zapędy tych najbardziej szalonych. Ale jeśli zamienimy całą sieć dróg ekspresowych w wielką pułapkę mandatową? To już inna bajka.Kto chce jeździć szybciej i tak znajdzie sposób.Kto boi się punktów karnych będzie jechał wolniej.A reszta… reszta będzie dalej przeklinała nowe przepisy pod nosem.I tak chyba zostanie do następnej dużej reformy ruchu drogowego.