Pamiętam, jak jeszcze nie tak dawno tankowanie do pełna było sportem ekstremalnym dla portfela. 7 zł za litr, potem 7,50 — i człowiek się zastanawiał, czy przypadkiem nie lepiej wrócić na rower. A tu proszę: druga połowa marca 2025 i stacje pokazują ceny, przy których można się nawet lekko uśmiechnąć. No dobra, może nie wszyscy — ale ja, stary cynik paliwowy, muszę przyznać: ostatnie tygodnie były dla kierowców łaskawe.
5,99 zł za benzynę? To już się zdarzało… ale dawno
Według danych podawanych przez moto.pl oraz biuro Reflex, średnia cena benzyny 95 w drugiej połowie marca 2025 to 5,99 zł za litr. Diesel? 6,12 zł. Benzyna 98 jeszcze ciut wyżej (6,77 zł), ale LPG zatrzymał się na poziomie 3,14 zł. I wiecie co? Tak tanio nie było od poprzedniej wiosny. Różnice na plus względem zeszłego roku są konkretne:
Kto tankuje regularnie ten wie: pół złotego różnicy na każdym litrze to już nie jest drobna zmiana. Szczególnie jeśli jeździsz dużo albo masz flotę aut do ogarnięcia. Sam przez kilka ostatnich miesięcy patrzyłem z niedowierzaniem na paragon po tankowaniu — i myślałem sobie: „może to się utrzyma”. Ale tu pojawia się klasyczna polska szkoła optymizmu: „Nie ciesz się za bardzo, bo zaraz podrożeje”.
Dlaczego jest taniej? I czemu może być drożej?
Analitycy Reflex piszą jasno: od dziesięciu tygodni ceny paliw w Polsce lecą w dół. To efekt kilku rzeczy naraz — mocniejszy złoty wobec dolara (a to przecież za dolary kupujemy ropę), stabilizacja notowań ropy Brent (około 70 dolarów za baryłkę) i trochę szczęścia z sytuacją geopolityczną. No i oczywiście odrobina magii Orlenu oraz innych koncernów paliwowych — ale o tym sza.
Niestety prognozy nie są już takie słodkie. Przełom marca i kwietnia może przynieść odbicie cen w górę. Co poszło nie tak? Notowania ropy zaczęły się podnosić szybciej niżbyśmy chcieli (bo przecież nigdy nie jest za tanio), a rynek międzynarodowy coraz bardziej przypomina pole minowe niż przewidywalny biznes. Krótko mówiąc — kto jeszcze chce zatankować taniej przed świętami, ten powinien zrobić to teraz.
Ale czy będzie jeszcze taniej?
Prognozy na koniec marca mówią jasno:
Czyli… może być jeszcze parę groszy taniej i tyle. Cudów nikt rozsądny już się raczej nie spodziewa.
Zresztą sam znam kilku właścicieli stacji i wszyscy powtarzają jedno: „Nie nastawiajcie się na długie eldorado”. Bo jak tylko ropa pójdzie o kilka dolarów w górę albo kurs waluty zacznie wariować — wszystko wraca do starego schematu.
Cena ceną — a co z realnym życiem?
Muszę powiedzieć szczerze: te spadki dały trochę luzu każdemu kto jeździ codziennie autem po mieście albo robi setki kilometrów miesięcznie po Polsce. Jasne — zawsze znajdzie się ktoś kto powie że powinno być jeszcze taniej („bo u sąsiadów płacą mniej!”), ale spójrzmy prawdzie w oczy: poniżej sześciu złotych za benzynę to już poziom sprzed pandemii i inflacyjnego szału.
Pytanie tylko jak długo taki stan potrwa? Czy Orlen (i reszta) będą dalej grać pod wybory czy jednak pogonią nas wszystkich z powrotem do kas fiskalnych ze smutną miną? Ja jestem sceptykiem z natury — więc swoje auto zatankuję do pełna póki mogę.
I wiecie co mnie najbardziej rozbraja? Że cała ta zabawa w przewidywanie cen jest trochę jak wróżenie z fusów po espresso wypitym na MOP-ie pod Piotrkowem Trybunalskim. Można analizować notowania Brent godzinami — a potem przychodzi nowy tydzień i wszystko idzie swoją drogą.
No to... tankujemy czy czekamy?
Sytuacja wygląda tak: druga połowa marca była łaskawa dla portfeli kierowców w Polsce; ceny niższe niż rok temu; delikatny trend spadkowy utrzymany już dziesiąty tydzień z rzędu; analitycy ostrzegają przed końcem tej sielanki gdzieś na przełomie marca i kwietnia; prognozowane minimalne obniżki jeszcze możliwe… ale wszystko wskazuje na to że zaraz wrócimy do stawek powyżej sześciu złotych za litr przynajmniej najpopularniejszej benzyny.
No cóż… Kto lubi grać va banque może poczekać kilka dni żeby sprawdzić czy rzeczywiście coś spadnie poniżej tych magicznych sześciu złotych za „dziewięćdziesiątkę piątkę”. Ale moim zdaniem szkoda nerwów i czasu przy dystrybutorze na filozoficzne rozważania typu „czy teraz czy jutro”. Ja bym brał póki jest okazja — bo jak znam życie (i polski rynek paliw) to długo takie promocje trwać nie będą.