Pamiętam, jak jakieś dziesięć lat temu siedziałem na zapyziałej stacji benzynowej pod Buenos Aires i patrzyłem, jak miejscowi mechanicy rozbierają starą Hondę CG 125 na czynniki pierwsze. Gość z papierosem w ustach tłumaczył mi wtedy, że „Honda to jest motocykl dla ludzi, którzy nie chcą mieć problemów”. Szczerze mówiąc, wtedy się z tego śmiałem. Bo wiadomo – motocykl bez problemów to tak samo realne jak argentyńska inflacja jednocyfrowa. A jednak dziś… chyba muszę odszczekać swoje.


Honda? W Argentynie? Serio?

Tak, wiem, wszyscy żyjemy w przekonaniu, że jeśli motocykle i Ameryka Południowa, to lokalne wynalazki albo jakieś chińskie dziwadła za pół darmo. Tymczasem okazuje się – i tu powołam się na suche dane z polskiego rynku, bo innych po prostu nie ma (dzięki za nic, argentyńska izbo handlowa) – Honda rządzi. W Polsce w 2025 roku zgarnęli ponad 20% rynku, więc jak dla mnie nie ma przypadku: jeśli w kraju nad Wisłą ludzie wybierają Hondę zamiast BMW czy Yamahy, to wyobrażam sobie co się dzieje tam, gdzie jeździ się po szutrach szerokości ścieżki rowerowej.


Dlaczego akurat Honda? Bo działa

Argentyna to nie jest kraj dla delikatnych sprzętów. Tam motocykl ma jechać. Ma odpalać rano i wieczorem. Ma znosić piach, żwir i asfalt dziurawy jak ser szwajcarski po przejściach. I wiecie co? Honda robi właśnie takie motocykle. Ani one najładniejsze (nie oszukujmy się – CB Twistera nikt do salonu nie postawi), ani najmocniejsze (w Brazylii ludzie narzekają na te silniki chłodzone powietrzem od 30 lat), ale… kurczę… robią robotę.

Patrzę na dane z Polski: 1986 nowych rejestracji Hondy w pierwszym kwartale 2025 roku – wzrost o prawie 24% rok do roku (cytuję za Auto Światem). Yamaha? BMW? Nawet się nie zbliżyły do takiego tempa. I teraz wyobraźcie sobie taki wynik w kraju trzeciego świata (bez urazy), gdzie motocykl to często narzędzie pracy albo jedyny sposób na pokonanie tych przeklętych korków w Buenos Aires.


Czy ktoś jeszcze próbuje walczyć?

Pewnie zaraz znajdzie się jakiś miłośnik Bajaja czy innego lokalnego wynalazku i powie: „No ale przecież Junak też daje radę!”. Jasne – tylko że jak masz wybrać między Hondą a czymkolwiek innym na rynku argentyńskim… To trochę jak porównywać dobry stek do parówki sojowej z dyskontu. Da się przeżyć jedno i drugie, ale po co?

Zresztą – nawet polski rynek pokazuje jasno: Japończycy są na topie. U nas boom na japońskie marki trwa już kolejny rok, a Honda trzyma pałeczkę lidera mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. W Argentynie jest dokładnie tak samo – tamtejszy klient chce mieć spokój z naprawami i tanimi częściami; chce coś sprzedać za rok bez straty połowy wartości; chce coś, co przetrwa zamieszki uliczne i kolejną reformę walutową.


Czego brakuje? Liczb! Ale kto by ich potrzebował?

No dobra – teraz czas na kubeł zimnej wody: oficjalnych danych sprzedaży Hondy w Argentynie za 2025 rok brak. Nikt tego jasno nie podał (chyba wolą ukrywać sukcesy przed fiskusem…). Ale wiecie co? Czasem wystarczy spojrzeć przez okno albo pogadać ze znajomym motocyklistą z Buenos Aires: wszędzie Honda. CG 150 pod piekarnią; XR125 zaparkowana pod szkołą; CB Twister śmiga po autostradzie obok zdezelowanego Volkswagena Golfa II generacji.

Ktoś powie: „A może przesadzam?” Może tak. Ale szczerze? Nie znam nikogo stamtąd, kto poleciłby coś innego niż Hondę jako pierwszy motocykl do miasta czy pracy kuriera.


I co dalej? Czekam aż ktoś ich dogoni

Nie wiem jak wy, ale ja naprawdę chciałbym zobaczyć dzień, kiedy ktoś rzuci Hondzie rękawicę — może Yamaha wyskoczy nagle z czymś tanim i pancernym? Może BMW zacznie montować GS-y lokalnie za grosze? Póki co jednak — wszystko wskazuje na to (tak samo jak u nas!), że Honda będzie jeszcze długo liderem sprzedaży motocykli wszędzie tam, gdzie ludziom zależy bardziej na jeżdżeniu niż na lansu pod kawiarnią.

No chyba że Argentyńczycy nagle pokochają skutery elektryczne… Ale umówmy się — prędzej Maradona wróci do reprezentacji niż XR150 stanie się passe.