Gdyby ktoś mi powiedział jeszcze pięć lat temu, że Mercedes-Benz będzie miał szansę znowu zgarnąć tytuł lidera sprzedaży ciężarówek w Polsce, to bym się tylko uśmiechnął i wzruszył ramionami. Bo wiecie, przez lata to była wojna podjazdowa – Scania kontra Volvo, MAN próbujący coś ugrać, a Mercedes? Był, istniał. Ale żeby od razu lider? No bez przesady. Tymczasem końcówka 2025 roku przynosi takie plot twisty, że nawet Netflix by się nie powstydził.
Nie liczby robią tu wrażenie, tylko konsekwencja
Okej, nie będę was zanudzał suchymi statystykami typu „ile DMC do 3,5 tony w grudniu”, bo wszyscy wiemy, że na rynku ciężarówek gra się o zupełnie inne cyferki. Zresztą – jak podaje PZPM i wszelkie motoryzacyjne portale, Mercedes w osobówkach i dostawczakach radzi sobie rewelacyjnie. Ale ciężarówki? Tutaj dane są bardziej rozmyte. Nikt nie wali w tabele jak z karabinu maszynowego. I właśnie to mnie trochę bawi – bo cała branża żyje domysłami i plotkami.
Ktoś powie: „No ale przecież Mercedes zawsze miał Actrosa”. Oczywiście! Tylko co z tego? Od samego posiadania flagowego modelu nikt jeszcze liderem nie został. Sztuką jest przekonać flotowców i właścicieli firm transportowych, którzy liczą każdą złotówkę (albo raczej eurocenta), żeby postawić na gwiazdę zamiast na szwedzkiego lwa czy holenderską cegłę.
Czy to zasługa eko-trendu czy po prostu braku wyboru?
W 2024 roku Mercedes-Benz wystrzelił z wynikami sprzedaży zelektryfikowanych osobówek (BEV + PHEV) o 28% w górę – to są twarde dane. Ale czy ciężarówki też już jadą na prądzie? Szczerze mówiąc: nie tak prędko, jak chciałyby tego foldery marketingowe. Znam kilku przewoźników i żaden nie zamierza ładować tira przez pół nocy pod magazynem gdzieś pod Radomiem.
Więc jeśli Mercedes rzeczywiście przeskoczył konkurencję w 2025 roku (a wszystko na to wskazuje patrząc po liczbie nowych Actrosów na trasie A2), to raczej nie dzięki elektromobilności. Bardziej obstawiam agresywną politykę rabatową albo po prostu… reszta rywali zwyczajnie przespała temat dostaw części i dostępności aut w salonach.
Actros – król autostrad czy sprytny chłopak od excela?
Pamiętam swoje pierwsze kilometry za kierownicą nowego Actrosa kilka lat temu – wtedy jeszcze czuło się duch analogowej maszyny: dźwignia zmiany biegów miała kliknięcie godne S-klasy z lat 90., silnik bulgotał jak trzeba… Teraz? Ekran większy niż telewizor u mojej babci na ścianie i cała masa asystentów jazdy robiących z kierowcy pół-pasażera.
I wiecie co? Przewoźnicy to doceniają. Może nie dla siebie (bo ilu właścicieli firm jeździ samemu tirem?), ale dla kierowców – żeby im się chciało wracać do roboty po urlopie albo przesiadce do innej firmy. Komfort kabiny zaczyna być ważniejszy niż spalanie poniżej 30 l/100 km.
Czy Mercedes naprawdę wygrał?
No właśnie – tu pojawia się największy paradoks całej tej sytuacji. Bo patrząc na oficjalne raporty sprzedaży za 2025 rok… nigdzie czarno na białym nie ma danych potwierdzających supremację Mercedesa w ciężarówkach (przynajmniej ja ich nie znalazłem). Są za to dziesiątki newsów o rekordach osobówek premium, kolejnych sukcesach dostawczaków i elektryków oraz o tym, że Polacy kupują auta „na potęgę”.
Szczerze? Trochę mnie to drażni. Albo branża specjalnie ukrywa wyniki przed konkurencją (co by się MAN albo Scania za bardzo nie cieszyły), albo… nikt już poza Niemcami nie potrafi policzyć ile tych gwiazdek naprawdę wyjeżdża rocznie na polskie drogi.
I co dalej?
Z jednej strony jestem pełen podziwu dla Mercedesa – bo mimo braku oficjalnych fajerwerków wokół wyników ciężarówek, coraz więcej tych aut widzę codziennie na trasach krajowych. Z drugiej strony: jeśli ktoś serio chce być liderem rynku ciężarówek w Polsce, powinien mieć odwagę pokazać te liczby publicznie zamiast chować się za komunikatami o wzroście sprzedaży osobówek czy dostawczaków.
Pytanie więc do was: czy naprawdę liczą się tabelki PZPM-u czy po prostu gołym okiem widoczny trend zmiany barw flotowych na srebrne z gwiazdą na grillu?