Kiedy Mercedes-Benz musi ratować się zakupem kredytów emisji CO2, żeby nie płacić kar, coś jest ewidentnie nie tak z całym systemem. Szczerze? Nie spodziewałem się, że dożyję czasów, w których niemiecki potentat zostaje ogrywany przez własne przepisy i biurokrację. Ale to nie żart — według danych Transport & Environment, Mercedes jako jedyny z dużych europejskich graczy nie da rady samodzielnie spełnić unijnych norm emisji na najbliższe lata. BMW, Renault czy Volkswagen jakoś sobie radzą. Mercedes? Pooling lub płacenie kar. I wiecie co? Wcale mnie to nie dziwi.
Unia zmienia zasady w trakcie gry
Pamiętam jak jeszcze rok temu wszyscy żyli jednym tematem: zakaz samochodów spalinowych od 2035 roku. Zero kompromisów, zero litości dla benzyny i diesla. Komisja Europejska była twarda jak beton — aż do grudnia 2025 roku, kiedy nagle zaczęto się z tego wycofywać. Zamiast całkowitego zakazu pojawiło się magiczne „90% redukcji emisji”, a pozostałe 10% można sobie zrekompensować stalą niskowęglową albo e-paliwami i biopaliwami. Ktoś powie: elastyczność? Ja bym raczej powiedział — panika przed realiami rynku.
Bo przecież wystarczy przejść się po salonach samochodowych i zobaczyć ceny elektryków. Samochody elektryczne są zwyczajnie za drogie dla większości ludzi — i to nie jest tylko moja opinia, wystarczy spojrzeć na statystyki rejestracji nowych aut (dane PZPM). Popyt kuleje, infrastruktura ładowania praktycznie nie istnieje poza największymi miastami, a państwowe zachęty są śmiesznie niskie.
Producenci mają dość — i mają rację
Nikt w Brukseli chyba już nie udaje, że przemysł motoryzacyjny jest gotowy na totalną dekarbonizację w tempie narzuconym przez polityków. Producenci samochodów od lat alarmują: te cele klimatyczne są nie do udźwignięcia bez strat dla konkurencyjności całej branży. No bo jak tu konkurować z Chińczykami, którzy pakują miliardy w dotacje rządowe i mogą sprzedawać swoje elektryki półdarmo?
Ani infrastruktura ładowania nie nadąża za obietnicami polityków, ani rynek wtórny nie ruszył z miejsca. Widziałem już kilku znajomych właścicieli flot — wszyscy mówią jedno: „elektryk? Tak, ale tylko na papierze”. Bo potem przychodzi rzeczywistość — długie ładowanie i śmieszny zasięg zimą.
Kary za emisję to fikcja?
W teorii wszystko wygląda pięknie: przekraczasz limit CO2 — płacisz karę finansową. Praktyka? Pooling kredytów emisji CO2 między producentami rozmywa całą ideę sankcji. Mercedes kupuje sobie „czyste” punkty od innych marek i dalej robi swoje (Transport & Environment). To trochę jakby dostać mandat za prędkość i zapłacić go punktami kumpla.
Parlament Europejski widzi problem — dlatego w maju 2025 roku przegłosowano wydłużenie okresu dostosowawczego o kolejne trzy lata. Czyli znów przesuwamy deadline i udajemy, że wszystko idzie zgodnie z planem. A prawda jest taka, że bez konkretnego wsparcia dla przemysłu czeka nas wzrost cen nowych aut albo kolejna fala importu tanich chińskich modeli.
Ile jeszcze tej fikcji?
Muszę przyznać: kiedy patrzę na tę całą unijną machinę regulacyjną mam czasem ochotę wyłączyć komputer i pójść na spacer starym dieslem po lesie (oczywiście legalnie!). Bo ile można udawać, że Europa naprawdę dogoni Chiny w elektrykach przy obecnej polityce? Producenci samochodów są pod ścianą — mają spełniać nierealistyczne wymagania albo płacić kary za coś, co sami politycy właśnie luzują.
Kiedy Niemcy muszą kupować kredyty u Francuzów albo zamawiać stal niskowęglową tylko po to, żeby papierowo obniżyć emisję CO2 swoich SUV-ów… No sorry. To już nawet nie jest komedia pomyłek — to klasyczny strzał w stopę.
I wiecie co? Może najwyższy czas przestać wierzyć w bajki o zeroemisyjnej Europie do 2050 roku. Bo póki co wszystko wskazuje na to, że zamiast doganiać Azję — będziemy coraz bardziej od niej zależni.