Nie wiem, czy też to czujecie, ale mam wrażenie, że jeszcze dekadę temu takie ruchy byłyby sensacją na skalę światową. Dziś? Mercedes-Benz sprzedaje cały swój pakiet udziałów w Nissanie za 47,83 miliarda jenów — czyli jakieś 325 milionów dolarów według kursu z wtorku — i nikt nie robi z tego afery. Może wszyscy są już przyzwyczajeni do tego, że stare układy przestają mieć sens. Albo po prostu inwestorzy mają dość czekania na cud w wykonaniu Nissana.
325 milionów dolarów — cena sentymentu?
Fundusz emerytalny Mercedesa pozbył się pakietu stanowiącego 3,8 procent kapitału japońskiego producenta. Cena za jedną akcję? 341,3 JPY. To mniej niż poprzednie zamknięcie giełdy — dokładnie o 6 procent mniej. Takie rabaty zwykle oznaczają tylko jedno: ktoś bardzo chce się czegoś pozbyć i nie zamierza czekać na lepszą okazję. I wiecie co? Wcale im się nie dziwię.
Od razu po ogłoszeniu tej decyzji akcje Nissana poleciały w dół o ponad 6 procent — największy dzienny spadek od początku lipca. Inwestorzy wyczuli krew jak rekiny i chyba niewielu wierzy dziś w szybki powrót Japończyków do formy z czasów Ghosna. Trudno się dziwić: Nissan zaliczył stratę operacyjną rzędu 535 milionów dolarów w drugim kwartale tego roku. Przypomnę — to już nie są drobne potknięcia.
Nowy prezes, stary problem
Ivan Espinosa, nowy szef Nissana (stanowisko objął dopiero w kwietniu), przedstawił plan naprawczy. Brzmi jak typowe cięcie kosztów: zamiast produkować 3,5 miliona aut rocznie — tylko 2,5 miliona; zamiast siedemnastu fabryk — dziesięć (wszystko do roku fiskalnego 2027). Oczywiście chodzi o ratowanie rentowności i wyjście z dołka po serii ciosów: od ceł przez spadającą sprzedaż na kluczowych rynkach typu USA i Chiny.
Muszę przyznać jedno: skala tych zmian pokazuje desperację. Znam ludzi pracujących dla Nissana w Europie i każdy z nich mówi to samo — „albo coś drastycznie zmienią teraz, albo za chwilę będzie po firmie”. Szczerze? Dawno nie widziałem tak pesymistycznych nastrojów.
Koniec iluzji niemiecko-japońskiej przyjaźni
Mercedes tłumaczy ten ruch „oczyszczeniem portfela firmy”. Jasne. Udziały przeniesione do aktywów emerytalnych już w 2016 roku od dawna były traktowane jak kula u nogi – zero znaczenia strategicznego. A teraz jeszcze te wyniki finansowe Mercedesa… Zysk spadł im o prawie 56 procent rok do roku – z ponad sześciu miliardów euro do ledwo 2,7 miliarda za pierwsze półrocze. Firma otwarcie zapowiada mniejsze przychody na koniec roku.
Nikt mi nie powie, że to czysty przypadek czy tylko „porządkowanie aktywów”. To jest paniczny ruch kogoś kto wie, że musi ratować własne podwórko zanim zacznie komuś pomagać przez płot.
No i jest jeszcze Renault – przypomnę: mają formalnie ponad jedną trzecią udziałów w Nissanie (35,7 procent), chociaż połowa tego to własność powiernicza. Francuzi miesiąc temu wpisali sobie aż jedenaście miliardów dolarów straty na tych akcjach. Jeśli ktoś jeszcze miał złudzenia co do przyszłości tej aliansowej rodzinki – no to właśnie dostał kubeł zimnej wody prosto na głowę.
Czy Nissan ma jeszcze szansę?
Szczerze? Nie wiem. Rynek jest brutalny i coraz mniej sentymentalny wobec marek z długą historią. A przecież Nissan kiedyś potrafił robić świetne auta – sam pamiętam pierwszą jazdę GT-R-em albo nawet zwykłym Qashqaiem sprzed dekady: było czuć świeżość i pomysłowość.
Dziś te samochody są tłem dla walki o przetrwanie firmy jako całości. Mercedes uciekł pierwszy – pytanie brzmi: kto następny wycofa się ze wspólnego stołu? Bo jeśli cięcia Espinosy nie przyniosą efektu natychmiastowego… cóż, inwestorzy długo nie będą czekać na happy end.