130 lat na rynku. Tyle przetrwała Werkzeugbau Laichingen GmbH. Firma, o której – nie oszukujmy się – większość przeciętnych kierowców nigdy nie słyszała, ale bez takich zakładów nie byłoby niemieckiej motoryzacji w tej formie, jaką wszyscy znamy. Teraz? Zostały tylko wnioski do sądu rejonowego w Stuttgarcie i lista wierzycieli dłuższa niż katalog opcji w nowym BMW.


100 pracowników i zero zamówień

Werkzeugbau Laichingen GmbH zatrudnia około setki ludzi. Dokładnie 89 na pełen etat i 10 uczniów zawodu – ci ostatni pewnie już szukają nowego miejsca na praktyki. Szczerze? Nie dziwię się im ani trochę. Kiedy największe koncerny samochodowe zaczynają zaciskać pasa i przestają inwestować, tacy podwykonawcy lecą jak klocki domina. No bo kto dziś zamawia nowe narzędzia czy maszyny do produkcji, skoro wszyscy patrzą na każdy eurocent?

W połowie lipca 2025 roku zarząd firmy zgłosił upadłość. Decyzja? Połączenie spadającej liczby zamówień i kompletny brak chętnych do finansowania dalszej działalności. Tak to wygląda w praktyce: jeszcze rok temu ledwo wyrabiasz się z robotą, a dziś zostaje ci tylko rozmowa z syndykiem.


Syndyk rozdaje karty

Tymczasowy syndyk Martin Mucha z kancelarii Grub Brugger rozkłada ręce – celem jest „uporządkowanie sytuacji finansowej i stworzenie warunków dla ewentualnej restrukturyzacji”. Takie frazesy słyszałem już setki razy przy każdej większej upadłości w branży. Tylko że tu nie chodzi o kolejnego dostawcę plastikowych spinek do tapicerki, ale o firmę, która przez ponad wiek trzymała się na powierzchni.

Teraz trwają rozmowy z klientami, dostawcami i potencjalnymi inwestorami. Brzmi dobrze na papierze, ale jeśli czołowi gracze rynku motoryzacyjnego obcinają koszty gdzie popadnie, to kto miałby wyłożyć gotówkę? Bosch? Continental? Oni sami tną etaty szybciej niż Tesla kasuje kolejne projekty modeli z V8 pod maską.


Wynagrodzenie upadłościowe — czyli co dalej z ludźmi?

Według informacji przekazanych przez moto.pl pracownicy mają jeszcze chwilę oddechu — wynagrodzenia zabezpieczone są do końca września 2025 roku poprzez tzw. Insolvenzgeld (wynagrodzenie upadłościowe). Co potem? Nikt tego głośno nie mówi. Wszystko zależy od negocjacji i czy znajdzie się ktoś chętny przejąć resztki tej firmy.

Znam kilku ludzi z branży narzędziowej — nastroje są jednoznaczne: jeśli nawet takie firmy padają jak muchy, to sygnał ostrzegawczy dla całego sektora niemieckiego „Autolandu”. Przez lata mówiono o niezniszczalnych fundamentach tej gospodarki, teraz te fundamenty coraz mocniej się chwieją.


Kryzys nie wybiera

Sytuacja Werkzeugbau Laichingen to tylko fragment większego obrazu: niemiecki przemysł motoryzacyjny ciągle obrywa po głowie. Bosch ogranicza zatrudnienie, ZF zamyka fabryki, Continental liczy każdy grosz i redukuje działy badawczo-rozwojowe. Eksperci (jak Frank Schwope z Hochschule des Mittelstands) mówią wprost: dostawcy są obecnie w największym kryzysie od dekad.

Transformacja na elektromobilność kosztuje miliardy euro — a pieniędzy jest coraz mniej, bo sprzedaż aut elektrycznych nie rośnie tak szybko jak prognozy sprzed paru lat (i kto by pomyślał?). Do tego dochodzi presja regulacyjna związana z emisjami spalin oraz globalne kryzysy gospodarcze. Efekt? Coraz mniej pieniędzy dla podwykonawców takich jak Werkzeugbau Laichingen.


Czy ktoś to jeszcze uratuje?

Pytanie otwarte — czy znajdzie się inwestor gotowy przejąć firmę po takiej historii i takim zadłużeniu? Moim zdaniem szanse są niewielkie, bo rynek jest nasycony a nastroje w branży najgorsze od lat dziewięćdziesiątych.

Christiane Benner z IG Metall powiedziała niedawno jasno: „Koszty rosną szybciej niż rentowność”. I wiecie co? Trudno mi się z tym nie zgodzić patrząc na to wszystko z boku (i czasem od środka). Można mieć sentyment do firm działających od ponad wieku — ale sentymentu do rachunków za prąd czy pensji dla ludzi raczej nikt już dziś nie ma.

Dla mnie ta upadłość to znak czasów: kończy się epoka złotych lat niemieckiej motoryzacji opartej na setkach małych i średnich zakładów wspierających giganta zza miedzy. Teraz zostaną tylko najwięksi gracze… albo nikt.