Kiedy wchodzę na halę produkcyjną Volkswagena w Wolfsburgu, czuję dziwną pustkę. Jeszcze pięć lat temu nie dało się tu przejść bez wpadnięcia na jakiegoś spoconego od pracy mechanika. Dzisiaj — cisza, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z kontaktu. To nie jest science fiction, to są liczby. Volkswagen rozważa zwolnienie 30 tysięcy ludzi tylko w Niemczech. Nie wiem, czy ktoś jeszcze wierzy w niemiecką niezawodność, ale powiem szczerze: ta motoryzacja świeci się na czerwono.


13 tysięcy tu, 7 tysięcy tam. Zaczyna się rzeź

Bosch wyrzuca z pracy 13 tysięcy ludzi do 2025 roku — tak podaje money.pl. ZF Friedrichshafen dorzuca swoje: ponad 7 i pół tysiąca osób żegna się z robotą w dziale napędów elektryfikowanych. Audi? Proszę bardzo — 7,5 tysiąca na bruku i to tylko po to, żeby oszczędzić miliard euro rocznie. Schaeffler: kolejne 4,7 tysiąca ludzi odprawionych z kwitkiem. Liczby robią się absurdalne. W ciągu roku niemiecki przemysł motoryzacyjny skasował już 51,5 tysiąca miejsc pracy. Ktoś może powiedzieć: to tylko Niemcy, nas to nie dotyczy. Ale ja bym się tak nie cieszył.


Niemiecka ściana – a my stoimy pod nią razem z nimi

Niemcy trafiły w ślepą uliczkę. Próbują przestawić swój przemysł na elektryki, a popyt leci na łeb na szyję. Z jednej strony Unia dokręca śrubę normami emisji i marzeniami o zielonym transporcie, z drugiej – klienci zaczynają liczyć każdy grosz i nie chcą przepłacać za prąd zamiast benzyny. Efekt? Fabryki stają i zaczyna się rzeź pracowników.

Szczerze mówiąc — rozczarowuje mnie to podejście „jakoś to będzie”. Każdy większy producent zaczyna zwalniać ludzi masowo zamiast szukać pomysłu na przetrwanie kryzysu. I wiecie co? My też dostaniemy rykoszetem.


Polska montownia Europy – teraz mamy problem

Pamiętam te czasy sprzed pandemii COVID-19 — branża motoryzacyjna była u nas traktowana jak złote dziecko eksportu. Samochody, części, akcesoria – wszystko szło za granicę i napędzało PKB (blisko 8%). Teraz coś się wyraźnie psuje.

Według rp.pl, tylko przez pierwsze trzy kwartały 2024 roku wartość zagranicznej sprzedaży całego sektora ledwo przekroczyła 37 miliardów euro. Kiedyś takie liczby robiły wrażenie – dziś wiemy już, że trend jest spadkowy i będzie gorzej. Zamówienia od niemieckich kontrahentów maleją szybciej niż zapasy chipsów podczas meczu reprezentacji.

Znam kilku właścicieli małych firm produkujących komponenty dla dużych koncernów zza Odry — każdy mówi to samo: telefony milkną, zamówień coraz mniej, a nastroje dołują razem z kursem euro.


Kryzys przyjdzie szybciej niż komornik po niespłaconym kredycie

Ludzie pytają mnie czasem: „Tomek, kiedy poczujemy ten kryzys?” Odpowiadam bez ogródek — już go czujemy. Tylko jeszcze sobie tego nie uświadomiliśmy albo wolimy udawać ślepych.

Nie ma co się oszukiwać: jeśli Niemiec zamyka fabrykę albo ogranicza produkcję części do aut elektrycznych lub hybrydowych – polska fabryka dostająca podzespoły dla Boscha czy ZF Friedrichshafen traci rację bytu z dnia na dzień. A takich firm są u nas setki jeśli nie tysiące.

Zwolnienia zaczną się rozlewać falami – najpierw produkcja staje lub zwalnia obroty („oszczędzamy prąd”), potem idzie fala urlopów postojowych („na razie nie potrzebujemy waszej pracy”), a później już nikt nie udaje — lecą wypowiedzenia.


I co dalej? Bez silnika nie pojedziemy

Sytuacja jest dynamiczna jak ruch drogowy o szóstej rano przed bramkami A4 pod Katowicami — wszystko stoi i nikt nic nie wie poza tym, że będzie gorzej zanim będzie lepiej.

Mam pretensje do niemieckich gigantów o krótkowzroczność i paniczne cięcia kosztów zamiast inwestycji w technologię przystającą do rzeczywistości (a nie tylko pod dyktando brukselskich urzędników). Ale mam też pretensje do naszych decydentów gospodarczych za brak planu B dla polskiej branży motoryzacyjnej uzależnionej od zagranicy bardziej niż przeciętna nastolatka od TikToka.

Moim zdaniem czas skończyć ze złudzeniem wiecznej prosperity napędzanej cudzym sukcesem za Odrą. Jeśli polskie firmy chcą przetrwać tę burzę – muszą już dziś myśleć o nowych rynkach albo własnych produktach gotowych na świat po epoce taniej niemieckiej motoryzacji.

Pytanie tylko: kto pierwszy ruszy głową zanim przyjdzie kolejna fala zwolnień?