Wyobraźcie sobie fabrykę samochodów, w której nie słychać ani jednego kroku, nie czuć zapachu smaru na dłoniach, a światła można zgasić na dobre. Brzmi jak scenariusz z taniego filmu science fiction? No to witajcie w rzeczywistości. Chiny — bo gdzieżby indziej — zapowiadają uruchomienie pierwszej „ciemnej fabryki” samochodów do 2030 roku. Całkowicie zautomatyzowanej. Bez ludzi, bez światła, za to z setkami robotów i sztuczną inteligencją, która zarządza wszystkim od początku do końca.


Roboty w natarciu: 470 na 10 000 pracowników

Nie wiem, czy mieliście okazję zobaczyć kiedyś taki zakład od środka. Ja widziałem. Już teraz produkcja w Chinach przypomina bardziej balet maszyn niż tradycyjną linię montażową. Według Międzynarodowej Federacji Robotyki w 2024 roku na każde 10 tysięcy pracowników przypadało tam aż 470 robotów. To nie jest żaden margines — to już armia automatów, które nie potrzebują przerwy na kawę ani wolnego na majówkę.

A teraz wyobraźcie sobie co będzie za kilka lat, gdy takich pracowników nie będzie już wcale. Zostaną tylko maszyny i ich cyfrowi nadzorcy siedzący gdzieś przed monitorem.


Ciemna fabryka — czy to się komuś opłaca?

Automaty produkujące samochody są precyzyjne i piekielnie wydajne. Nie narzekają na warunki pracy, nie chorują i mogą działać non stop — nawet po ciemku. W teorii to czysta oszczędność: zero wydatków na ogrzewanie hali dla ludzi, zero kosztów BHP, nawet światło można zgasić (stąd ta cała „ciemność”). Dla producenta? Bajka. Dla akcjonariuszy? Jeszcze lepsza bajka.

Ale wiecie co? Jakoś mnie ten zachwyt nie bierze.


Ludzie do zwolnienia

Sztuczna inteligencja zastępująca ludzi brzmi dobrze tylko wtedy, gdy to nie twoje miejsce pracy jest zagrożone. A prawda jest taka: każda taka „innowacja” oznacza zwolnienia całych załóg produkcyjnych. I proszę mi tu nie opowiadać o przekwalifikowaniu czy nowych miejscach pracy dla wszystkich — roboty są tańsze i skuteczniejsze właśnie dlatego, że ludzi eliminują z równania.

Pamiętam jeszcze niedawne rozmowy z pracownikami polskich fabryk motoryzacyjnych — wszyscy bali się automatyzacji jak ognia. Teraz wygląda na to, że mieli rację: jeśli chiński eksperyment się powiedzie (a znając ich upór i tempo rozwoju technologii… wszystko wskazuje na to), Europa pójdzie dokładnie tą samą drogą.


Czy ktoś tego naprawdę chce?

Z jednej strony lista korzyści jest długa jak kolejka do lekarza NFZ: niższe koszty produkcji, większa precyzja wykonania aut, szybsza realizacja zamówień nawet przy problemach z dostawami części (robot się nie obrazi). Z drugiej strony? Cóż… Wystarczy spojrzeć trochę szerzej niż tabelki Excela: mniej miejsc pracy lokalnie oznacza mniejsze podatki dla gminy, mniej pieniędzy w sklepach czy restauracjach obok zakładów. To już domino ekonomiczne.

I wiecie co mnie najbardziej uderza? Że nikogo już specjalnie ten temat nie rusza poza samymi zainteresowanymi pracownikami produkcji. Bo reszta świata zajmuje się nowymi modelami SUV-ów albo kolejną premierą elektryka za pół miliona złotych.


Przyszłość bez ludzi?

Możemy udawać optymistów albo mówić sobie bajki o tym, że maszyny będą nas wspierały zamiast wyręczać we wszystkim. Ale moim zdaniem ciemna fabryka samochodów w Chinach jest bardzo jasnym sygnałem: jeśli ktoś jeszcze wierzy w bezpieczeństwo pracy przy taśmie montażowej… lepiej żeby szybko nauczył się czegoś nowego.